Monestir de Monserrat – klasztor ukryty między skalami

29 Maj

Za górami, za lasami…A może raczej w górach i w lesie, gdzieś tam w głąb Hiszpanii, mieści się przepiękne małe miasteczko, oddalone około 40 km na północny zachód od Barcelony. Ukryty wśród formacji skalnych klasztor benedyktyński, znajduje się w 3/4 drogi na szczyt. To najwyżej położony punkt na równinie katalońskiej, z którego widać całą hiszpańską dzielnicę.

Podczas pobytu w Barcelonie, zmęczeni wielkomiejskim zgiełkiem i tłumami ludzi, postanowiliśmy wybrać się w miejsce, tak zupełnie inne od stolicy Katalonii. W jedno z najważniejszych miejsc kultu w całej Hiszpanii. Pragnęliśmy odwiedzić malownicze rejony Monestir de Montserrat.

Wiedzieliśmy, że czeka nas naprawdę długa i męcząca podróż. Przeglądając jednak zdjęcia z tamtych rejonów, nie mogliśmy się powstrzymać, by nie zobaczyć na własne oczy widoków ujętych na fotografiach.

Tak dwa różne od siebie miejsca w czasie jednej wyprawy? Czemu nie! Poznaliśmy już tą turystyczną część Katalonii, teraz czekała na nas ta bardziej zapomniana, tajemnicza i nieznana. Po upewnieniu się, w którą stronę powinniśmy się udać, wyruszyliśmy w drogę.

Mówiłam Wam kiedyś, że w Barcelonie nawet markety są ciekawe architektonicznie? Na przedmieściach spotkamy znany nam sklep Spar w interesujących wydaniu.

spar

Oddalając się coraz bardziej od centrum, znajdziemy wiele interesujących budynków mieszkalnych.

Pierwszy obiekt, który możemy spotkać na swojej drodze to pomarańczowe blokowisko. Na pewno nie można odmówić mu oryginalności. Co z walorami estetycznymi? Podobno o gustach się nie dyskutuje 😉

pomarańczowy blok

I inne, jak dla mnie bardziej przystępne budownictwo. Biel jednak robi swoje. No i forma, zdecydowanie lepsza, chociaż też wygląda trochę jak z fantastycznego świata.

białe osiedle

Po drodze minęliśmy również rondo z serii „Co autor miał na myśli?”. Poczułam się wtedy trochę tak jak w domu (rybnickie ronda wzbudzają we mnie podobne emocje) 😉

rondo

Droga do klasztoru wiedzie przez naprawdę malownicze rejony. Cudowne krajobrazy motywowały nas do dalszej wędrówki. Widzicie ten zarys gór w oddali? Tam właśnie zmierzamy.

most

Podczas wyprawy, podążaliśmy trasą pozbawioną wszelkiej cywilizacji. Można by pomyśleć, że bardzo dawno nikt tu nie zaglądał.

pustkowie

Tylko kolorowe ważki, a także inne owady dotrzymywały nam towarzystwa podczas podróży.

ważka

Monestir de Montserrat to drugi co do wielkości ośrodek pielgrzymkowy w Hiszpanii (oczywiście zaraz po Santiago de Compostela). Co chwilę mijaliśmy drogowskazy oraz strzałki narysowane na krawężnikach, drzewach, słupach i drodze, które miały kierować nas do celu. Trzeba było być naprawdę skoncentrowanym, by zauważyć niektóre z nich. Ukryte w różnych miejscach, sprawiały, że nie mogłam doczekać się, aż zobaczę następny znak i następny i następny.

drogowskazy

Formacje skalne Montserrat stawały się coraz bardziej widoczne. Oznaczało to, że małymi kroczkami zbliżamy się do wyznaczonego miejsca.

formacje skalne w oddali

Po kilkunastu kilometrach wędrówki z dala od cywilizacji, weszliśmy do małego klimatycznego miasteczka. Wąskie uliczki, przepiękne małe domki, cisza i spokój – tego mogliśmy tam doświadczyć.

wąska uliczka

Wszystkie sklepiki były zamknięte, bo nastał czas poobiedniej sjesty. Bardzo mało ludzi przechadzało się ulicami, nie spotkaliśmy tam praktycznie żywej duszy, o samochodach już nie wspominając. Dopiero ok godziny 16stej wszyscy zaczęli wychodzić ze swoich posiadłości. Przekonaliśmy się wtedy co to tak naprawdę znaczy „hiszpańska sjesta”.

wąska uliczka 2

Podejście na górę było dość łagodne, ale ciężkie plecaki sprawiły, że wejście okazało się być nie lada wyczynem. Szliśmy wyznaczonym szlakiem pośród formacji skalnych. Co jakiś czas mijaliśmy osamotnione malutkie budowle znajdujące się między wzniesieniami.

kapliczka

Zmęczenie dawało się we znaki, ale przepiękne widoki wynagradzały wszystko. Wdrapywaliśmy się wyżej i wyżej, coraz bardziej zbliżając się do celu.

widoki

Po niesamowicie męczącej drodze dotarliśmy do miasteczka ze znanym klasztorem usytuowanym wśród górskiego krajobrazu.

Witaj Monestir de Montserrat!

na murku

Uwielbiam poniższe zdjęcie, ponieważ widoczny jest na nim przepiękny klimat panujący w tym miejscu.

monestir de montserrat

Monestir de Montserrat słynie z kultu figury Matki Boskiej, tzw. „Czarnulki„. Według legendy sprowadzono ją tam już ok 50 roku n.e. Oryginalny klasztor zbudowany w 976 roku, został zburzony w XIX wieku przez wojska napoleońskie. Na jego miejscu stoi obecny kościół.

klasztor

Jego wnętrze i frontowa elewacja naprawdę robią wrażenie. Co roku, przyciąga bardzo wielu pielgrzymów.

kościół

W okolicy znajduje się wiele kolejek linowych i naziemnych, z których turyści mogą skorzystać, aby dostać się do klasztoru, obserwując przy okazji nieziemskie widoki. Powiem Wam jednak, że naprawdę odpoczęłam wchodząc na górę pieszo. Brzmi to może abstrakcyjnie, ale po dwóch tygodniach w centrum Barcelony, taki detoks był mi bardzo potrzebny.

Wczesnym rankiem nie spotkaliśmy tłumów. Miasteczko dopiero budziło się do życia. Po przespaniu całej nocy (widzicie te tarasy widokowe? Nie są aż takie twarde jak mogłyby się wydawać ;)), mogliśmy udać się w dalszą podróż. Pożegnaliśmy malowniczą okolicę i podążaliśmy w kierunku następnej przygody.

tarasy widokowe

Oddalając się od klasztoru, przepiękne widoki nas nie opuszczały. Szliśmy między skałami, egzotycznymi roślinami i pustostanami, kierując się w stronę cywilizacji.

góry

Długo idąc przez dziewicze rejony, wyłoniło nam się w końcu cudowne skupisko malutkich domków „rozsypanych” na skarpie. Czy to nie czysto kataloński krajobraz?

domki

Montserrat z oddali robi niesamowite wrażenie. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno byliśmy gdzieś tam, między wzgórzami.

droga

Gdy odeszliśmy już kawał drogi od klasztoru, spotkaliśmy przemiłą Hiszpankę, która zaprosiła nas do siebie. Opowiedziała nam o swojej rodzinie, życiu i przygodach. Niestety, jedyny język jaki znała to hiszpański. Na szczęście, choć jedno z nas potrafiło się z nią porozumieć.

Poczęstowała nas przepysznym kurczakiem. Zjedliśmy w końcu prawdziwe mięso! (nie, konserwy to nie mięso…)

Na śniadanie dostaliśmy tosty z masłem  i dżemem. Hiszpanie naprawdę jedzą to tam codziennie rano! Andaluzyjka (jak się później okazało, ta miła kobieta pochodziła z południa Hiszpanii) nauczyła mnie pić kawę na mleku. Od tamtej pory, inna już mi nie smakuje 😉

w domu u hiszpanki

Jeśli będziecie kiedyś w Barcelonie koniecznie odwiedźcie to małe miasteczko, mieszczące się wśród formacji skalnych. Znajdują się tam naprawdę klimatyczne rejony, chyba najpiękniejsze jakie do tej pory widziałam. Nie tylko bliska okolica klasztoru jest cudowna, ale też miejsca, które mijamy po drodze. Malutkie domki, wąskie uliczki to taki hiszpański smaczek, który koniecznie musimy zobaczyć na własne oczy. Warto odwiedzić te mniej turystyczne miejsca, w których nie spotkamy tłumów ludzi, sklepów z pamiątkami i straganów. Poznamy Katalonię od podszewki, spacerując uliczkami małych, zapomnianych miasteczek.

O podróży do Barcelony pisałam już TUTAJ.

Zachęcam do zapisania się do mojego NEWSLETTERA, by być zawsze na bieżąco (zerknijcie na prawą kolumnę, pod moim zdjęciem). Oprócz podsumowania, w mailach będziecie otrzymywać prezenty-niespodzianki, których nie znajdziecie na blogu. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *